
20 lipca – Międzynarodowy Dzień Księżyca.
Księżyc nazywany jest Srebrnym Globem, satelitą, luną, a w języku potocznym i poetyckim miesiącem, miesiączkiem, czy nawet rogaczem, z kolei terminy naukowe jak selenografia czy selenologia pochodzą od greckiej bogini Księżyca (Selene) i łacińskiej (Luna).
Od zarania dziejów człowiek – istota rozumna patrzy w niebo, zastanawiając się nad jego bezkresem, skrywanymi tajemnicami wszechświata. Jesteśmy tu na ziemi tylko na chwilę, w celu odrobienia lekcji miłości. Każdy senior pamięta, jak to było z tym odrabianiem lekcji po lekcjach – nie każdy był pilnym uczniem. Jedno jest pewne, ludzkość od zawsze starała się poznać tajemnice kosmosu przy pomocy teleskopów, statków kosmicznych z załogami lub bez. Naukowcy w mawiają nam, że loty kosmiczne są wielkim skokiem dla ludzkości, cytując nam słowa kosmonauty Armstronga „To jeden mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”.
Skok może jest wielki, ale co on znaczy dla milionów ludzi żyjących w ubóstwie na ziemi, która została doprowadzona do stanu upadłości. Zmiany klimatu, które stały się faktem nie do zatrzymania, nawet przez najmądrzejszych naukowców na naszej umęczonej ziemi. Może w przyszłości ludzie znajdą przyjazną planetę do życia, jednak problem jest w tym, że przeniosą się na nią tylko nieliczni. Wielką zagadką jest fakt, czy jej mieszkańcy przyjmą ich jako emigrantów, czy też najeźdźców z ziemi. Czy nie lepiej zająć się głodującymi dziećmi na świecie, zapewniając im warunki prawidłowego rozwoju i należnej im spokojnej przyszłości.
Księżyc – jedyny satelita, który oświeca ziemię swoim odbitym od słońca blaskiem. Patrzymy na niego, kiedy jest w pełnej krasie i wyobrażamy sobie co dzieje się po jego drugiej stronie. Dlaczego widzimy tylko jedną stronę księżyca, zastanawiają się zakochani.
Ona mi pierwsza pokazała księżyc
I pierwszy śnieg na świerkach,
I pierwszy deszcz.
Byłem wtedy mały jak muszelka.
Zawsze, kiedy jest widoczny i przesuwa się po niebie przypomina mi się ten wiersz K. I. Gałczyńskiego „Spotkanie z matką”– zwierzyła mi się Anna, wielbicielka obserwacji nieba. Pewnego wieczoru, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi, po przeciwnej stronie bezchmurnego nieba był już widoczny w pierwszej kwadrze. Zawieszony wysoko, jeszcze blady, delikatny jak chmurka. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak połowa ogryzionego białego opłatka, ale po dłuższym wpatrywaniu się w niego zamieniał się w półkulę globusa z zarysowaną mapą lądów i oceanów. Jego lewa strona zasłonięta błękitem skrywała tajemnice, dla każdego inne w zależności od wyobraźni obserwatora. Anna uwolniła wodze fantazji i zaczęła opowiadać mi o tym, co mogłoby się wydarzyć po jego niewidocznej stronie.
Pani Twardowska umówiła się ze swoim panem na kolację i upojną noc zasłaniając się błękitnym parawanem przed wścibskim okiem ziemskich par. Może dlatego zakochani uwielbiają spacerować w blasku księżyca i marzyć o życiu – szczęśliwym?
W księżycowej kuchni przygotowała smakołyki dla męża, choć na tym pustkowiu nie ma zbyt wielkiego wyboru. Trzeba mieć niebiańską wyobraźnię, by upichcić cokolwiek z niczego, a właściwie z tego, co spadnie z nieba. Ostatnio coraz częściej są to kosmiczne śmieci. Pan Twardowski skazany na kobietę, na której widok nawet bies czmychnął by przez dziurkę od klucza, godził się na wszystko, co przyrządziła.

Przybył tu przed wiekami, podobno na kogucie. W XX wieku ludzie przylecieli już na księżyc statkiem kosmicznym, ale niestety nie zdążył nawiązać z nimi kontaktu. Mieli zamiar założyć tu stacje kosmiczne zdatne do zasiedlenia, na wypadek gdyby jakiś szaleniec zamienił w proch tę wspaniałą błękitną planetę – naszą matkę ziemię. Tęsknił czasem za nią, bo świetnie się na niej bawił w przydrożnych karczmach. Teraz słyszał tylko głos małżonki, który już nie działał na niego tak podniecająco, jak kiedyś. Zestarzeli się oboje przez tyle wieków na tym bezludziu. Gderali, utyskiwali na swój los, wspominali młodość, a upojne noce były teraz tylko marzeniem. Zasłanianie przed światłem księżyca było teraz zbędne, ale nie mogli zmienić odwiecznego rytuału w kosmosie, który zdaniem ludzi jest odzwierciedleniem piękna i harmonii we wszechświecie.
– Kolacja gotowa – zaskrzeczała Pani Twardowska, wyrywając małżonka z zadumy nad przemijaniem.
– Przestań tak rozmyślać i weź się do jedzenia – gderała jak zwykle – i nie mów mi, że ci nie smakuje. Mógłbyś coś upolować, na jaśniejszej półkuli, może tam coś pełza lub biega, co nadaje się do garnka, ale tobie oczywiście się nie chce. Sama nie wiem, dlaczego jestem ci wierna.
– Bo nikt cię nie chciał z twoją urodą i charakterem. Przyleciałaś za mną jak wiedźma na miotle i muszę cię znosić, bez cienia nadziei na lepsze widoki.

– Hulając po karczmach długo byś nie pożył na tym ziemskim świecie, a tu jesteś nieśmiertelny dopóki ludzie o tobie pamiętają.
Ha! Ha! Ha! – zaśmiała się z grymasem na twarzy, potrząsając resztkami posiwiałych loków.
– Ta nieśmiertelność trochę mi się znudziła, bo człowiek nie powinien żyć wiecznie. Nie nadążam za tak szybko zmieniającym się światem, chociaż rozwój podróży kosmicznych idzie ludziom trochę opornie. Ciągle brakuje im pieniędzy, które diabeł wymyślił jako pułapkę na zachłanne dusze. Rywalizują ze sobą, zamiast połączyć swoje siły i zrobić coś dobrego dla ludzkości. Musimy jeszcze poczekać zanim nas odkryją i zabiorą na ziemię.
– Nie fantazjuj staruszku, bo na ziemi czas ma inny wymiar i taka podróż zamieniłaby nas w proszek do jednego pudełka nazywanego przez ludzi urną. To nie nasz interes. Jedz i nie marudź. Chce mi się spać, a tobie zebrało się na wirtualne marzenia. Lepiej zająłbyś się amorami pod pierzastą chmurką.
– Chyba nie z tobą – zarechotał i zajął się kolacją.– Ty kochałeś tylko dobre trunki – odgryzła się i poszła do kuchni podrugie danie.
–Jedzenie się przypaliło, bo jest trochę za ciemno po tej stronie księżyca. A w ciemnościach, wiadomo – czarci w garach mieszają. Nie wiem jak długo będziemy tu pokutować – powiedziała na głos do siebie, ze smutkiem w duszy.
– Autor, który nas stworzył dawno odszedł w zaświaty, a nowy jeszcze się nie narodził, całkiem jak w bajce – pomyślała pogodzona z życiem, jak na dobrą żonę przystało.
– Szkoda, że nie zostałam matką, dostawałabym laurki na dzień matki i wnuki cieszyłyby moje oczy, ale co z tego, tu na bezludziu, jakie miałyby życie?
– Co tak wzdychasz moja żono, widzę, że nie tylko ja oddaję się zadumie i tęsknocie, za tym co było a nie jest, i co jeszcze może być, choć przyszłość rysuje się marnie.
– Dosyć tego marudzenia, choć do łóżka, bo na ziemi nastała już noc, ludzie śpią i księżyc też już zasnął.
– I mnie też spać się chce – ziewnęła Anna, żegnając się ze mną do jutra.
– Nie zapomnij wyłączyć komputera – powiedziała na odchodnym, dodając ulubione powiedzenie: Dobranoc, aniołki na noc, a karaluchy pod poduchy.
– O nie! Nie cierpię robactwa. Wyślij je lepiej na księżyc. Może pani Twardowska zrobi z nich mężowi szaszłyki lub inne smakołyki– odgryzłam się rymem zamykając drzwi.
Wielu ludzi wyobraża sobie różne sytuacje związane z podróżami w kosmosie. Jak to będzie w przyszłości, co ludzie jeszcze osiągną badając kosmos. Podejrzewam, że my seniorzy możemy sobie tylko o tym pomarzyć, wszak nie możemy żyć wiecznie. Jedno jest pewne nasz przyjaciel Księżyc jest niezbędny dla naszej planety. Pływy mórz zależą od faz księżyca, wegetacja roślin i wiele innych spraw na ziemi. Pamiętam taki żart chłopców ze szkoły średniej, kiedy pytali dziewcząt : „ jaki wpływ mają fazy księżyca na period mrówek”.
W internecie możemy przeczytać wiele dowcipów na temat księżyca i kosmonautów.
– Dlaczego Księżyc jest zawsze taki chłodny? Bo ma za dużo „lodowych” kraterów!
– Co mówi Księżyc do Słońca? „Masz takie ciepłe podejście, a ja ciągle jestem w cieniu!”.
– Dlaczego astronauci nie kłamią na Księżycu? Bo tam nie ma cienia, żeby się ukryć.
Przysłowia Polskie
– Im księżyc rogatszy. Tym mniej światła daje.
– Komu księżyc świeci, temu i gwiazdy błyszczą.
– Księżyc w lisiej czapie, wnet ci na głowę nakapie.
– Miesiąc świeci, a nie grzeje.
W zimowe wieczory możemy sobie pomarzyć, o upalnych letnich nocach w blasku księżyca.
Pozdrawiam Teresa W.




